środa, 2 listopada 2011

(20) Przesada w poligrafii

Utyskiwanie na braki, niedoróbki i niedociągnięcia z pewnością można kontynuować bez końca. My skupimy się dziś na nadmiarze. Przesada w poligrafii, jak i w każdej innej dziedzinie życia, przysparza bowiem równie wielu problemów co niedobór. W jakimś sensie jest ona bowiem niedoborem przezorności, zdrowego rozsądku i dobrego wychowania.

Minimalizm
Istotę sprawy świetnie obrazuje znana sentencja autora "Sztuki prostoty" - Dominique Lorerau: marnotrawstwem jest posiadanie rzeczy, z których nie korzystamy.

Jestem przekonany, że świat uporałby się dawno z wieloma swoimi traumami, gdyby chociaż w części udało się wprowadzić w życie podstawowe zasady minimalistyczne. Nie chodzi o to, aby spać na gazecie i żyć o chlebie i wodzie. Natomiast nadmiar przedmiotów, pustych idei i słów bez treści, to gehenna naszych czasów (któraż to z kolei?).
W wirtualnym świecie bitów, bajtów i pikseli sprawy mają się podobnie. Pewien zwolennik minimalistycznego porządkowania cyfrowego świata zaprezentował ostatnio na fejsie, screena pulpitu swojego komputera. Jedyną ikonką, jaka na nim pozostała, był kosz. Ale my tacy radykalni być nie musimy...

Trzy chwile prawdy
W stosunkowo nieodległym czasie naturalną niejako barierą dla wielkości plików wynikowych były parametry techniczne komputerów graficznych, przepustowość sieci internetowych, pojemność dysków przenośnych czy też skrzynek e-mailowych. Kto nie zadbał o odpowiednią higienę pracy przy tworzeniu projektu, napotykał na przeszkodę w chwili, gdy już był w ogródku i witał się z gąską.
Pierwsza chwila prawdy przychodziła w trakcie generowania pliku wynikowego dla drukarni. Tworząc wersję podglądową dla Klienta, czy też pdf-a do wydruku wszystko szło gładko, ale po włączeniu opcji eksportu Hight Quality czy też Press Quality komputer zaczynał się mulić, brakowało pamięci ROM i RAM i dopiero modlitwy wierzących lub zaklęcia niewierzących, doprowadzały do powstania prawidłowego pdf-a .
Druga chwila prawdy to próba wysłania takiej kobyły do Klienta. Przy prędkościach, jakie oferował nam nasz internetowy (do niedawna) monopolista, była to prawdziwa droga przez mąkę (korekta! - proszę nie poprawiać mąki na mękę), kończąca się nierzadko po paru godzinach 99-procentowym postępem na pasku i komunikatem: "połączenie zerwane - proszę rozpocząć jeszcze raz". Kto to wcześniej przewidział, pakował pliki zip-em lub arj-otem z podziałem na mniejsze części. Próba wykorzystania do tych celów poczty elektronicznej zamiast protokołu FTP nie mogła skończyć się lepiej, zważywszy na niskie pojemności skrzynek po jednej lub po drugiej stronie kabla.
Kiedy zdesperowani i postawieni pod technologiczną ścianą, zdecydowaliśmy się wreszcie na nagranie pliku na CD i skorzystanie z transmisji via "Radio Taxi", trzecia chwila prawdy następowała w drukarni lub naświetlarni usługowej. Przechlapane mieliśmy już na wstępie, bo walcząc z plikami przekroczyliśmy dawno ustalony deadline, a prawdziwe gromy zwalały się przy próbie weryfikacji, ripowania i naświetlenia naszego giganta.

Poligraficzny savoir-vivre
W czasach słusznie minionych funkcjonowało pojęcie nadmetrażu. Odgórnie ustalano ilość należnych metrów kwadratowych lokalu na obywatelo-głowę, a wszystko co ponad płatne było dodatkowo. Wszelkie próby buntu kończyły się domeldowaniem sublokatora lub eksmisją. Ale to przeszłość. Teraz jest odwrotnie: im więcej chcesz, tym mniej płacisz.
Ceny ROM I RAM spadają a procesory śmigają szybciej niż światło (w tym celu nawet dogmat o prędkości światła został zakwestionowany w CERN-ie). Szerokopasmowy internet stał się dostępny nawet w Rudzie Śląskiej, a 10GB pojemności skrzynki e-mailowej to standard.
Sposobów na przekazywanie sobie plików jest coraz więcej: szybkie serwery FTP, wirtualne dyski typu DropBox w chmurze, a nawet transmisje P2P via komunikator. Tylko patrzeć jak przez fejsa, Gplusa a nawet z naszego wypasionego smartfona będziemy posyłać pliki do produkcji (a co na to nasza rodzima NK, żyje to jeszcze ?). Dziś możemy więc folgować sobie do woli, a cały problem nadmiaru scedować na drukarnię.
Wychodząc na pomoc braci drukarskiej, przywołuję ponownie, cytowaną na początku sentencję Lorerau: marnotrawstwem jest posiadanie rzeczy, z których nie korzystamy. W odniesieniu do poligrafii oznacza to, że jedną z głównych zasad poligraficznego savoir-vivre'u jest optymalizacja plików wyjściowych pod kątem ich wielkości. Winna być ona dokonana w paru obszarach. Zacznijmy od najistotniejszego, czyli rozdzielczości map bitowych.

Dwie istotne zależności
Nie ma jednej określonej wartości jaką winna posiadać rozdzielczość użytych w pracy bitmap. Istnieje natomiast ścisła zależność pomiędzy tą rozdzielczością a liniaturą z jaką naświetlana będzie praca.
W procesie naświetlania CTP następuje zrastrowanie zmontowanego arkusza do postaci tzw. tiffa B. Używany tu raster charakteryzują dwie podstawowe wartości: rozdzielczość wyrażana w ilości punktów rastrowych na cal (DPI) oraz liniatura określająca ilość linii rastrowych na cal (LPI). Teoretycznie Klient winien decydować z jaką rozdzielczością i liniaturą ma być naświetlana jego praca. Jednak od czasu, kiedy każda szanująca się drukarnia ma własne CTP, rzadko się zdarza aby takowe dyspozycje drukarni były wydawane. Nie ma zresztą takiej potrzeby, gdyż w większości sytuacji sprawa jest jasna.
Istnieje bowiem dość ścisła zależność pomiędzy typem papieru użytym do druku a parametrami naświetlania pracy. Inaczej naświetla się prace pod papier gazetowy, inaczej pod offsetowy a jeszcze inaczej - pod kredowy. Grafik przygotowujący prace do druku, stosując się do przywołanej już kiedyś zasady zaczynania z wizją końca, winien przede wszystkim wiedzieć (lub się wywiedzieć) na jakim papierze będzie drukowana jego praca i pod tym kątem zoptymalizować wstawiane do pliku bitmapy.
Kilka sprytnych wzorów i przeliczników ułatwiających życie, podam w kolejnym odcinku, bo nie ma nic bardziej passe jak przesada w ilości znaków przypadających na jeden chochlikowy felieton.

Z chochlikowym pozdrowieniem
Ilustracje: Bronisław Józefiok

6 komentarzy:

  1. Masz rację z tym wysyłaniem ogromnych plików - niedawno na skrzynkę firmy, z którą współpracuję, przyszło CV z załącznikami... 29 MB, w tym filmiki!!!

    Grafik współpracujący z bylejaką firmą czasami słyszy "Proszę nam projekt przygotować, my się jeszcze zastanowimy gdzie i na jakim papierze wydrukować" ;)

    Trzeba się tych bylejakich klientów z czasem pozbywać ;)

    Daria Stolarska

    OdpowiedzUsuń
  2. "Bylejaki Klient" - to jest skomplikowana sprawa. Z jednej strony racja - Klienci bywają różni, często nie mają pojęcia o co chodzi i nie wiedzą czego chcą.
    Z drugiej strony dobrze że są i że nie potrafią wszystkiego, bo wtedy nie byli byśmy im potrzebni.
    Dzięki temu, że nie mam zielonego pojęcia na jakiej zasadzie działa moje auto, warsztaty samochodowe mają na mnie zarobek. A czasem oddając auto do naprawy gadam takie bzdury, że pewno mechanik siłą powstrzymuje się, aby mnie nie wyprosić za drzwi. No, ale "Kasa Misiu, kasa...:)

    OdpowiedzUsuń
  3. apropos Drugiej chwili prawdy - podobno napis "postęp pobierania 99%" cieszy jedynie przez pierwsze 40 minut :D

    Paweł Trynka

    OdpowiedzUsuń
  4. @Paweł - kiedyś jak paliłem - to by to dobry moment aby wyskoczyć na papieroska, a jeszcze dawniej, kiedy piłem - to i na piwko się poszło, a pasek jak stał tak stał...:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pliki o wielkości 1,5 GB już mi przynoszono. A kiedy kończyłam studia, tyle miałam do dyspozycji na swojej części dysku w kompie. Ciekawe, kiedy doczekam terabajtowego tiffa.
    A wspomnianego giba-gajta sprowadziłam po godzinie mielenia do kilkunastu mega. Efekt był bez zarzutu:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kiedyś podczas prowadzonego przezemnie szkolenia z zakresu InDesign omawiałem funkcję Live Preflight. Dla większości kursantów to był szok. Jak to możliwe, że oprogramowanie samo pokazuje co jest nie tak i dlaczego!?
    Kolejnym szokiem był dla nich zakaz stosowania fabrycznych ustawień i gotowych presetów. Padło pytanie "To dlaczego Adobe tego nie skonfigurowało od razu dobrze?!" Na to pytanie odpowiedział ich kierownik "Pewnie Adobe uznało, że użytkownicy mają w głowie mózgi a nie trociny..."

    OdpowiedzUsuń