środa, 17 sierpnia 2011

(9) Weryfikacja w drukarni

Odpowiedzialność za prawidłowe przygotowanie pracy do druku spada głównie na zleceniodawcę. Tym nie mniej, szanujące się zakłady poligraficzne podejmują coraz liczniejsze działania, dodatkowo weryfikujące pracę Klienta. Czego zatem możemy się dziś spodziewać a nawet wymagać od drukarni, kiedy już powierzymy jej swoje mniej lub bardziej wypieszczone graficznie dziecko?

W poprzednim odcinku doszliśmy do mało odkrywczej konkluzji, że prawda w poligrafii to rzecz względna, a możliwości jej weryfikacji przez studio graficzne są ograniczone. Taka konstatacja ustawia grafików w niezłej pozycji, która w pełni im się zresztą należy.

Proszę mi to sprawdzić
Coraz szersza oferta developerska sprawia, iż standardem w drukarniach staje się czynność preflightingu, czyli sprawdzenia zgodności przesłanych plików do druku z predefiniowanymi w programie wartościami. Dla dużej części parametrów, może to być proces w pełni zautomatyzowany i bywa, że drukarnie wystawiają Klientom taką funkcjonalność on line na swoich stronach internetowych.
Raport z preflightingu przesyłany jest Klientowi, a stwierdzone niezgodności podzielone są zazwyczaj na dwie grupy: „Błędy” oraz „Ostrzeżenia”. Te pierwsze (np. bitmapy o niskiej rozdzielczości) wymagają ingerencji twórcy plików , a w wypadku drugich (np. RGB zamiast CMYK-a), korektę za zgodą Klienta może wykonać drukarnia .
Trzeba jednak mieć świadomość, że preflighting automatyczny nie wykryje niespójności parametrów pliku z niektórymi parametrami zlecenia (np. niezgodność ilości i formatu stron publikacji), a żaden preflighting nie ma szans z naszymi paniami z impozycji , gdyż nie przeanalizuje tak, jak one (oczywiście gdy mają czas i są w odpowiednim nastroju) zawartości merytorycznej dokumentu. Tym nie mniej wszystkiego na drukarnię scedować się nie da.

Utracone nadzieje
Ostatnio rozgrzebaliśmy temat weryfikacji kolorów i skutecznie mam nadzieję zmieszaliśmy z błotem popularne plujki. Następnym w kolejce do bicia jest druk cyfrowy.
Przyznam ze skruchą, iż swego czasu, mimo zdecydowanie heteroseksualnych skłonności, dałem się uwieść panom marketingowcom, reprezentującym dość znanego producenta cyfrowych maszyn drukarskich. Zabełtali mi w głowie sloganem reklamowym zapewniającym, iż dzięki nowatorskim rozwiązaniom technologicznym, można do druku na ich maszynach używać dokładnie tego samego papieru, co do druku offsetowego. Tym samym – twierdzili - w połączeniu z odpowiednim color menagementem, istnieje możliwość wydrukowania prototypu publikacji, z powodzeniem zastępującego kosztowne próby kolorystyczne na prooferach cyfrowych.
Dziś po po paru latach użytkowania tych maszyn, powiem jedno: totalna bzdura. Druk cyfrowy jest nadal tym czym jest i niczym więcej. Nadaje się świetnie jako rozwiązanie dla produkcji niskonakładowych, druków personalizowanych, czy też druków „na żądanie”.
Niestety jednak, część Klientów pokłada w nim, podobne jak ja kiedyś, większe nadzieje i zleca wstępnie druk kilku egzemplarzy pilotażowych na cyfrze, a dopiero w drugim kroku druk offsetowy nakładu głównego. Postępowanie zgoła słuszne i marketingowo uzasadnione pod warunkiem, że egzemplarze drukowane na cyfrze nie będą stanowić podstawy do weryfikacji kolorystycznej wyrobu poligraficznego.

Jeśli nie proof, to co?
Potrzeba nam było półtora odcinka Chochlika aby wreszcie dojść do sedna sprawy. Jedynym wiarygodnym sposobem weryfikacji kolorystycznej publikacji jest próba wykonana na prooferze cyfrowym. Już widzę i słyszę, jak naszemu szefowi produkcji Jerzemu, włosy jeżą się na głowie, kiedy czyta ten tekst. Dyskusje na temat wiarygodności proofów prowadzimy bowiem regularnie. A jednak, każda taka empatyczna konwersacja musi skończyć się synergicznym podaniem sobie rąk i retorycznym, póki co, pytaniem: jeśli nie proof, to co...?
Posiadanie proofera wykracza często poza możliwości i potrzeby zewnętrznego studia graficznego, dlatego też usługę tę świadczą przede wszystkim drukarnie, choć teoretycznie każdy proof posiadający certyfikat zgodności z tą samą normą, którą stosuje drukarz winien być wiarygodny. Jak już wspominałem przy innej okazji, w większości drukarni europejskich normą tą jest Euroscale Fogra w wersji coated i uncoated. Bywa jednak, że proofer nie jest kalibrowany pod zewnętrzną normę, lecz pod konkretną maszynę drukarską i wtedy drukarnia zobligowana jest do udostępnienia Klientowi stosownego profilu kolorystycznego.

Parę dobrych rad
Na koniec parę refleksji wynikających z kilkuletniej praktyki obsługiwania wysokiej klasy proofera, dostarczonego nam i skalibrowanego przez firmę, której nazwy nie ujawniam w tekście, ale którą chętnie polecę każdemu, kto się z takim pytaniem do mnie zwróci.
  • O ile to możliwe warto jest wykonywać proofa w drukarni, w której planuje się ostateczny druk nakładu, gdyż wtedy jasno jest określona odpowiedzialność za prawidłowe odwzorowanie koloru.
  • Wiarygodny proof winien posiadać certyfikat zgodności z normą. Najlepiej jak on jest trwale przyklejony do wydruku.
  • Proof winien być wykonany z tych plików, które pójdą do druku. Wbrew pozorom jest to wymóg często trudny do wyegzekwowania. Bywa, że Klient używa wydruków z proofera na etapie zatwierdzania projektu. Jednak przy wprowadzaniu ostatecznych poprawek może dojść do przekłamań i plik wynikowy przekazywany do druku nie będzie tożsamy z plikiem, z którego wykonywano proofa.
  • Nigdy nie skaluj plików, z których robisz proofa. Jeśli chcesz zaoszczędzić, wykadruj z pracy te fragmenty, które mają dla Ciebie największe znaczenie.

Zaproszenie
Czasem wynikają pewne nieporozumienia przy porównywaniu proofa z gotowym produktem. Nie ma nic bardziej zabawnego niż dyskusja o kolorach w pomieszczeniu o żółtych ścianach i migających żarówkach, dlatego czynność tę warto wykonywać w odpowiednich warunkach oświetleniowych. Najlepiej skorzystać z symulatora światła białego. Jest to stosunkowo niewielka skrzyneczka wyglądająca jak połączenie mikrofalówki z telewizorem marki Belweder (któż go jeszcze pamięta?). Ten cud techniki stoi obok biurka Krzysia i Łukasza w naszym Studio Graficznym. Ciekawskich zapraszam do zwiedzania.



Z chochlikowym pozdrowieniem
Andrzej Gołąb
www.print4all.pl

Ilustracje: Bronisław Józefiok


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz